Foto z anegdotą: Anna Panas

Bardzo często na plenery wozi mnie mój mąż Jacek. Czasami wyjeżdżamy bardzo wcześnie rano. Nie mam siły siedzieć i obserwować, gdzie jedziemy. Spałam więc w swojej „alkowie” w kamperze, a Jacek gdzieś jeździł po ciemku, po szutrowych drogach.


Tym razem wywiózł mnie aż pod rosyjską granicę. Obudził mnie i powiedział mi, że za samochodem jest piękne leśne jeziorko. – Jak chcesz porobić zdjęcia to rób, a ja idę spać. – Po czym ułożył się na kanapie i zaraz zasnął. Ja zaś przebrałam się w swój kostium, bo poranek był zimny i poszłam nad wodę.
Jak zwykle rozstawiłam statyw i zaczęłam oglądać otoczenie przez mój obiektyw. Na rozgrzewkę pstryknęłam jedno zdjęcie, i zaraz byłam w swoim świecie, a wtedy zapominam o wszystkim innym.
Nagle słyszę mlaskanie i chrumkanie. Myślałem, że to Jacek chce mnie nastraszyć. Oglądam się, i widzę – takie duże czarne zwierzę z dwoma kłami! Szybko zareagowałam: za statyw z aparatem i w nogi. Dopiero z kampera przez okno obejrzałam groźnego potwora – to był tylko wielki bóbr, zajęty swoimi sprawami; ale nad wodę już nie wyszłam. Zresztą, ten magiczny moment już minął. Ale pierwsze zdjęcie jednak pozostało.